„Niech umrze” – o trudnych wyborach mamy w Afryce. s.Alina

Bycie Mamą nie jest łatwe. Wie o tym każda z nas. Choć cywilizacyjny postęp i dostęp do określonych produktów i usług
bywa pomocny w wychowaniu dzieci. Choć nic nie zastąpi miłości i troski.
Dziś o trudnych wyborach Mam w dalekiej Afryce, na podstawie historii opisanej przez s.Alinę.
Dlatego tak bardzo doceniamy i kochamy Mamy Adopcyjne – dbanie o dziecko na odległość, wzięcie odpowiedzialności
za jego edukację, dobre słowo i pochwała w liście – są bardzo cenne. Wspieracie tym nie tylko dzieci, ale także Mamy
biologiczne, których życie także nie jest usłane różami.

Nie oceniaj.
*******************************************
15 maja…
„Byłam dziś praktycznie cały dzień w szpitalu z naszym Williamem, jest bardzo poważnie chory i musiał zostać w szpitalu
przynajmniej do poniedziałku, aż nabierze sil i będzie wiadomo, że nic mu nie zagraża. Niestety na jego zdrowie miało
wpływ zaniedbanie mamy….

Mama była z Wiliamem u mnie we wtorek i już wtedy był bardzo chory. Dostała wsparcie i poszła do lekarza, niestety po
powrocie od niego nie pokazała sie już u mnie i nie powiedziała, że nie wykupiła wszystkich leków. Stąd dziecko nie było
leczone… Willi wymiotował cały czas, co oznacza, że nie jadł od 3 dni…
Dzisiaj sytuacja już była tak poważna, że gdyby nie został w szpitalu to mógł umrzeć.
Mama niestety jakby zupełnie tego nie rozumiała, nie dociera do niej powaga sytuacji chyba… Miała nam za złe, że został
w szpitalu, bo ona nie ma czasu, by czuwać przy nim i odmówiła pojechania do niego do szpitala.
Na pierwsza noc został u niego starszy brat Frederic, a jutro rano, zawiozę zmianę, czyli jedną dziewczynę, która jest pod
naszą opieką, bo Frederic musi jechać do szkoły – ma jutro zaliczenie.
Nie mogę liczyć na mamę, ona do szpitala nie pojedzie. Kazała go przywieźć do domu i „jeśli ma umrzeć, to niech umrze”
to były jej słowa…
Na misji nie mieliśmy wyjścia. Tu w szpitalu rodzina czuwa przy chorym i daje mu jedzenie oraz oczywiście opłaca cały
pobyt i sądzę, że tego mama sie obawiała, bo nie stać ją na szpital.
Willi jest już po badaniach i wyniki wykazały bardzo mocną malarię, duże osłabienie oraz problemy z płucami, bo ma
bardzomocny kaszel. A ponieważ mama leczyła mu ten kaszel octem (ktoś jej powiedział ze to lekarstwo) to jeszcze
mocniej poraniło przewody pokarmowe i żołądek. Z tego powodu Willi ma też trudności z mówieniem, ale jest świadomy
i wszystko rozumie. Dostał siedmiodniowe leczenie, w tym 3 dni na kroplówkach, i co najważniejsze – będzie żył. Pod
wieczór już było widać zmianę i co ważne próbował jeść z apetytem.
Dzielę się tą sytuacją, by przedstawić prawdziwy dramat tych rodzin. Często wychowanie dzieci przerasta możliwości
rodziców i to nie tylko finansowe; także wiedzą, możliwościami, brakiem wsparcia ze strony bliskich. Bo gdyby Willi wziął
od razu leki, malaria pewno by minęła i nic innego nie by dołączyło i jeśli chodzi o koszty, wyszło by 5 razy taniej.
Niestety nie było czasu i zainteresowania chorym dzieckiem, bo generalnie troska o byt ogólnie, pozostałe dzieci,
świadomość choroby i powagi sytuacji jest wciąż bardzo niska u rodziców.
Bardzo trudno nam zrozumieć, szczególnie rodziców, którzy nie ukończyli żadnej szkoły, że ich tok myślenia jest inny.

16 maja
Dzisiaj byłam 3 razy w szpitalu. Willi ma się dużo lepiej i wraca do sił… A ponieważ miałam spotkanie z młodymi
(uczniowie szkół średnich), wiec nie brakowało chętnych do odwiedzin Williama…
I dzisiaj niespodzianka – mama prosiła, aby ją zawieźć do szpitala – tę noc to ona czuwa przy chłopcu. Zrozumiała,
że chcemy mu tylko pomoc, aby mógł żyć.
Okazało się także, że jakiś szaman jej powiedział, aby zostawiła Williama, gdyż ma taką samą chorobę co jej córka,
która umarła już dawno i jeśli mu nie przechodzi to znaczy, że ma umrzeć… Tłumaczyli je nawet, że Bóg tak chciał…
Trudno tym, którym wmawia się na co dzień różne rzeczy, a sami nie ukończyli żadnej szkoły, zrozumieć czasami
podstawowe kwestie troski o dziecko i różnice pomiędzy nieuchronnym, a możliwym działaniem.
Dzisiaj widząc Williama w lepszym stanie mama zrozumiała jak należy dziecku pomagać i gdzie szukać właściwej pomocy.
Różnice myślenia są nie do przeskoczenia, nie można oceniać. I ja mam czasami trudności z pojęciem takich sytuacji,
że można tak, a nie inaczej zareagować…

ps. Dziękujemy za koszulki, które dzieci dostaną na Dzień Dziecka!!! William dostał już swoją w szpitalu, bo w domu
nie znalazła się żadna czysta i nie podarta…
To był naprawdę dobry pomysł :)
s. Alina (Yaounde, Kamerun)

Na zdjęciu pierwszy z lewe to William, z prawej – Frederic.
_od lewej William KY30, Fena KY31, Frederic KY28

Nasi darczyńcy