Johna znaleźliśmy na jednym z górskich podwórek, tuż przy chacie krytej strzechą, kiedy z trudem popychał przed sobą pusty kanister. Ten kanister służył mu za chodzik. Miał w sobie tyle determinacji, że na chwilę zapomnieliśmy o otaczającej nas biedzie.
John przyszedł na świat przedwcześnie. Po porodzie jego mama — samotna i przerażona diagnozą mówiącą o porażeniu mózgowym u dziecka — postanowiła zamieszkać z własną babcią. Gdy John miał zaledwie kilka miesięcy, matka zostawiła go pod opieką swojej babci. Dla Johna jest to więc już prababcia — jedyna osoba, która próbowała dać mu ciepło i opiekę, mimo ogromnych trudności.
Prababcia Johna to starsza, schorowana wdowa. Urodziła piętnaścioro dzieci — dwoje z nich już nie żyje, trzynaścioro żyje, ale żadne nie udzieliło jej wsparcia w opiece nad wnukiem. Została z tym wszystkim zupełnie sama.


Późną wiosną 2024, na jednym ze spotkań z administracją dystryktu, na których omawiamy dzieci będące pod opieka naszego rodzinnego domu dziecka, poznałam urzędniczkę ds. ochrony praw dziecka, która wiedziała, że mamy pod opieką dzieci ze specjalnymi potrzebami. Zapytała, czy moglibyśmy odwiedzić dom Johna, który znajdował się trzy godziny jazdy w górach.
Pojechaliśmy tam razem z mężem. Serce pękło mi na widok tej biedy i bezsilności, jaka panowała w chacie. Starsza pani robiła, co mogła, ale było jasne, że nie jest już w stanie dalej dźwigać na własnych barkach opieki nad chłopcem.
Zobacz jak funkcjonuje John z kanistrem:
https://www.youtube.com/watch?v=cCKYVFJzvvU
Poprosiłam wtedy urzędniczkę, by przygotowała wszystkie wymagane dokumenty, abyśmy mogli zabrać Johna do siebie — do naszego rodzinnego domu dziecka. Prababcia zapewniała nas wtedy, że będzie odwiedzać chłopca, że chce wiedzieć, co u niego słychać i że będzie z nim w kontakcie.
Naprawdę w to wierzyliśmy. Liczyliśmy na to, że choć John został powierzony naszej opiece, to nie został opuszczony emocjonalnie. Że będzie miał kontakt z bliską mu osobą, której ufał. Niestety… Od tamtego czerwcowego dnia w 2024, gdy przyjechała z urzędniczką zostawiła go z nami, nie odezwała się ani razu.
To milczenie boli. John przez wiele tygodni, a potem miesięcy, wypatrywał jej. Słuchał kroków na podwórku, wyczekiwał, gdy drzwi się otwierały, po swojemu dopytywał.
Każdego dnia miał nadzieję, że dotrzyma słowa. A my codziennie byliśmy świadkami jego smutku, niezrozumienia, zawodu.


Dla niej był ciężarem. Dla nas jest cudem, który zasługuje na szansę.
Robimy, co możemy dla niego od kilku miesięcy. Wierzymy, że Bóg pozwoli Johnowi chodzić i uczyć się jak każde inne dziecko. Że kiedyś ten kanister zamieni na tornister i pójdzie do szkoły z uśmiechem.
Dziękujemy, że jesteście z nami. ❤️
pozdrawiamy cepło,
Regina [Adopcja Serca, rodzinny dom dziecka, Kenia]
Kontynuacja historii Johna – wkrótce!
